GR20 (Korsyka) 2011

W maju 2011 roku tradycyjnie zaczęliśmy myśleć o naszym wakacyjnym wyjeździe. Po długich poszukiwaniach zainteresowała nas Korsyka, dokładnie szlak GR20. 14-dniowy trekking, który można połączyć ze zdobyciem najwyższego szczytu wyspy (Monte Cinto) to coś dla nas. Długo nie zwlekając zaczęliśmy planować nasz wyjazd. Zakładał on przejście GR20 z północy na południe (i zdobycie Monte Cinto) z namiotem i całym prowiantem. W sumie 17 dni.

Pierwszym etapem naszej podróży był przejazd z Polski do Nicei skąd mieliśmy prom do Calvi – małego miasteczka na północy Korsyki. Stamtąd autostopem dojechaliśmy do miejscowości Calenzana skąd rozpoczyna się GR20.

W Calenzana znajduję się Gite d’etape, czyli miejsce gdzie można rozbić namiot, umyć się i zjeść coś ciepłego. Warto dodać, że na całej trasie GR20 można spać w namiocie, ale tylko przy schroniskach ze względu na duże zagrożenie pożarowe. Cena za rozbicie namiotu 6€/os. W tym gite jest również bezpłatny dostęp do kuchni tak więc oszczędzamy gaz. Nazajutrz rozpoczyna się nasza korsykańska przygoda!

Dzień 1

5.07

Trasa: Calenzana (275m n.p.m.) – Schronisko Ortu di u Piobbu (1570m n.p.m.)

Czas według przewodnika (wszystkie czasy podawane bez przystanków): 5,5h

Dziś wczesna pobudka – budzik dzwoni o 5 rano! Lekko zaspani wstajemy i rozpoczynamy ciąg czynności, które będą nam towarzyszyły przez kolejne dni. Zwijamy namiot, próbujemy wszystko upchnąć do naszych plecaków i co najważniejsze jemy śniadanie. Krótko przed 7:00 wyruszamy w stronę punktu startu GR20. O 7:10 jesteśmy na szlaku, który od samego początku pnie się pod górę. Plecaki przygniatają nas do ziemi, ale tempo mamy dobre. Mieścimy się w czasach według przewodnika i według znaków umieszczonych na szlaku. Początkowo wędrujemy lasem, a już po kilkuset metrach naszym oczom ukazuje się przepiękny widok na Calenzane i Morze Śródziemne. Po 2h monotonnego podejścia dochodzimy do pierwszej przełęczy Bocca a u Saltu (1250m n.p.m.). Chmury, które towarzyszyły nam tego dnia od samego rana akurat rozpierzchają się i możemy podziwiać surowe szczyty otaczających nas gór. Po krótkim odpoczynku ruszamy w dalszą drogę. Na początku lasem, później skałami. Pierwsza łatwa wspinaczka aczkolwiek z tak ciężkim plecakiem to nie lada wyczyn. Po 1,5h dochodzimy do kolejnej przełęczy Bocca a u Bazzichellu (1486m n.p.m.). Widoków niestety brak więc chwilka na odsapnięcie i ruszamy w dalej. Krótkie podejście, a następnie trawers doliny. W oddali widzimy już schronisko. Na ostatnim zakosie przez schroniskiem łapie nas deszcz. Na szczęście na tyle krótki i mało intensywny, że nie zawracamy sobie głowy ubieraniem kurtek czy zakładaniem pokrowców na plecaki. Pokonujemy ostatnie skałki i biegiem ruszamy zajmować miejsce pod namiot – kilka już stoi, ale wybór nadal szeroki! Wybieramy osłonięte od wiatru miejsce (ktoś nawet poukładał murki przeciw wiatrowe).

Schronisko Ortu di u Piobbu jest malutkie, właściwie są tam głównie łóżka (jest ich aż 30!). Cena 12€/os. za łóżko, a 6€/os. namiot (na całej trasie ceny praktycznie bez zmian). Nieopodal schroniska znajduje się mały budyneczek z prysznicem (tak jest tylko 1, w dodatku tylko zimna woda) i toaletami tak więc trzeba się nastawić na czekanie w kolejce. W schronisku można zamówić obiad (20€) i/lub śniadanie (10€).

Dzień 2

6.07

Trasa: Schrosniko Ortu di u Piobbu (1570m n.p.m.) – (Schronisko Corozzu 1270m n.p.m.)

Czas według przewodnika: 6,5 h

Wstajemy o 5:30 i wyruszamy na trasę wyjątkowo późno – 7:45! Najpierw przyjemne podejście w lesie (cień!) później wychodzimy na odsłonięty teren i zaczyna się sapanie pod górę. Czujemy się jak na patelni. Mozolnie pniemy się do góry po wielkich głazach, co stanowi dodatkową trudność. W czasie dochodzimy na pierwszą przełęcz Bocca Piccaia (1950m n.p.m.) i ukazuje się nam wspaniały widok. Ogromne skalne ściany otaczających nas szczytów opadając do doliny głęboko pod nami. Po około 20 min odpoczynku w tym malowniczym miejscu ruszamy dalej. Znów pod górkę, trzeba się nawet trochę powspinać. Bez większych trudności technicznych. Odcinek strasznie się dłuży. Dopiero po kolejnych 2,5h docieramy do przełęczy Bocca Carozzu (1865m n.p.m.). Jesteśmy już mocno zmęczeni, a co najgorsze kończy nam się woda. Przed nami zejście żlebem opisanym w przewodniku jako „piec”. Idzie się ciężko. Plecaki ciążą, głód, pragnienie i bolące stopy – nie jest lekko! W końcu po około 1,5 h dochodzimy do schroniska Carozzu. Jest krótko przed 16 więc trudno o dobre miejsce. Jedyne pola, które są dostępne to „patelnia” i miejscówka niedaleko szamba. Wybieramy to drugie, żałując że nie mamy klamerek do nosa. Na szczęście zanim się rozbiliśmy zwolniło się miejsce w niecce tuż przy schronisku, dlatego długo się nie zastanawiając podjęliśmy decyzję o przeprowadzce. Po rozbiciu jemy nudle, pijemy witaminki, jemy drugie nudle, pijemy dalej, prysznic, szycie spodni i w końcu spanie – dzień jak co dzień na GR 20! To był bardzo wymagający dla nas etap, ale widoki wszystko wynagradzają. Jutro kolejny etap!

Schronisko Carozzu jest malowniczo położone w dolinie. Jest tam 30 miejsc noclegowych. Teren wokół schroniska jest raczej zacieniony, także jeżeli jest się o odpowiedniej porze to nie ma problemu z wyborem dogodnego miejsca. W schronisku można zamówić obiad (18€) i/lub śniadanie (8€). Można tam także kupić herbatę (1,5€), kawę (2€) lub czekoladę (1,5€)

Dzień 3

7.07

Trasa: Schronisko Carozzu (1270m n.p.m.) – Ascu Stagnu (1422m n.p.m.)

Czas według przewodnika: 5h

Dziś wyruszamy na szlak o 7:15, najpierw delikatnie w dół do atrakcji dnia – wiszącego mostu! Jest bardzo chybotliwy więc jestem trochę nieufny, ale nie ma wyboru trzeba iść dalej. Bez problemów przechodzimy choć chwieje się bardzo, a i przerwy między kładkami dość duże. Następnie ruszamy pod górę bardzo ciekawą trasą – skalne płyty, łańcuchy, liny i trochę drapania po skałach, ale bez większych trudności. To całe żelastwo zapewnie bardziej pomocne kiedy jest mokro. Po około 2,5h doczłapaliśmy się do skalnego cyrku, który trawersujemy prawą stroną. Chwilę później dostrzegamy charakterystyczną skałę w kształcie głowy Indianina wysoko nad nami – to tam znajduję się przełęcz Bocca di a Muvella (1980m n.p.m.), na którą musimy się wdrapać. Odpoczywamy chwilę nieopodal Lavu di a Muvrella i ruszamy dalej. Od jeziorka czeka nas 40 min intensywnego sapania pod górę. Na szczęście jest trochę cienia, bo znów czujemy się jak w piekarniku. Około 11:20 jesteśmy na przełęczy. Czas na popas i posiłek. Dalej czeka nas już nie tak intensywne aczkolwiek miejscami strome podejście na kolejną przełęcz  Bocca di Stagnu (2010m n.p.m.). Po około 50 min stajemy na przełęczy, która jest najwyższym punktem dzisiejszej trasy. Stąd już tylko bardzo strome (600-metrowe) zejście do schroniska w Ascu Stagnu. Wpierw jednak podziwiamy piękne widoki, w tym górujące nad okolicą Monte Cinto (2706m n.p.m.), z którym zmierzymy się nazajutrze. Po krótkim odpoczynku ruszamy w dół. Tak jak napisano w przewodniku  ścieżka jest niemal pionowa, w niektórych momentach trochę wspinaczki. Po około 2h docieramy do schroniska. Dostajemy cynk, że ma przyjechać chleb, dlatego Marta stoi na czatach pod sklepikiem, a ja zaczynam rozstawiać namiot. Wraca z bochenkiem (2,5€) i próbujemy rozbić namiot, co na kamienno-piaszczystym podłożu okazuję się bardzo trudne. Szpilki obkładamy kamieniami, odciągi także. Później czas na obiad. Dzisiaj kuskus z sosem chińskim, który po przygotowaniu wyglądał jak krupnik z grzybami. Jutro czeka nas ciężki dzień…już się nie możemy doczekać! Jest pięknie!

Ascu Stagnu to dawny kurort narciarski, gdzie znajduje się schronisko, hotel i nieczynny wyciąg narciarski. Ze względu na łatwy dojazd droga asfaltową jest tam także mały sklepik. Przykładowe ceny: gotowe potrawy w puszkach 3-4€, puszka Coca-Coli 2,5€, piwo 4 €, makaron 2,5€/0,5kg, czekolada 1,5€, owoce 5€/kg (jabłka, banany, pomarańcze), suche ciastka 2,5€/250g.

Dzień 4

8.07

Trasa: Ascu Stagnu (1422m n.p.m.) – Monte Cinto (2706m n.p.m.) – Ascu Stagnu

Czas według przewodnika: 7h

Dziś po raz pierwszy i ostatni ruszamy na trasę z lekkimi plecakami. Namiot z większością naszych rzeczy zostaje na campingu, a my zabieramy tylko niezbędną odzież i oczywiście prowiant. Wyruszamy o 7:20 oznakowaną czerwonymi kropkami ścieżką. Najpierw droga biegnie łagodnie pod górkę w lesie, później przekraczamy strumyk i zaczynamy piąć się do góry po skałach i łupkach. Około 9 robimy pierwszy odpoczynek w malowniczej scenerii. Na południu podziwiamy Cirque de Trimbolacciu z pierścieniem szczytów sięgających do 2500m n.p.m. i Taur Penchee („Krzywa wieża”). Następnie trawersujemy duży piarg poniżej Bocca Borba (2207m n.p.m.). Idziemy dalej stromo pod górę i w końcu docieramy do Lac di Argentu – pięknego, małego jeziorka, które pozostaje zamarznięte przez większą część lata. Czas na chwilę odpoczynku bo upał niemiłosierny. Zbiegające w dół dziewczyna mówi, że do szczytu jeszcze 1,5h. Ruszamy dalej po stromej ścieżce w stronę grani. Gdy tam docieramy widoki są po prostu niesamowite! Świetna widoczność w każdym kierunku wynagradza trudy podejścia. Odpoczywamy chwilę, robimy zdjęcia i ruszamy dalej w stronę szczytu. Najpierw wdrapujemy się do góry, a chwilę później schodzimy po wielkich głazach. Kolejny etap to dosyć mozolna wspinaczka po głazach i mocno nachylonych skalnych płytach. W końcu dostrzegamy krzyż na szczycie, co dodaje nam sił do pokonania ostatniego podejścia. O 14:00 jesteśmy na szczycie! Widoki piękne, widać morze, a wszystkie inne szczytu są poniżej nas. Robimy krótki odpoczynek i po około 15min ruszamy tą samą drogą w dół. Zejście jest dosyć mozolne, zwłaszcza, że niektóre trudności łatwiej było pokonać wchodząc. Na szczęście po drodze znajduje się strumyk (poniżej Lac di Argentu, schodząc jakieś 100m w prawo od szlaku). Uzupełniamy zapasy i od razu wypijamy jedną butelkę. Jest gorąco jak w piecu, a słońce praży niemiłosiernie. Ruszamy dalej, marząc o dotarciu do kładki nad strumieniem, która jest około 30-45min od schroniska i naszego namiotu. W końcu docieramy do strumyka, jednak gubimy ścieżkę. Na szczęście już po kilku minutach wracamy na właściwy trakt i wykrzesujemy z siebie resztki sił. Przyspieszamy, aby być już w końcu przy namiocie. O 19 docieramy na miejsce. Jesteśmy wykończeni. Kupujemy makaron i robimy sobie prawdziwą ucztę! Spaghetti z sosem carbonara po zimnym, orzeźwiającym prysznicu jest świetnym zakończeniem tego ciężkiego dnia. Idziemy spać około 22, nie nastawiając budzików – jutro regeneracja przed Cirque de la Solitude!

Dzień 5

9.07

Ascu Stagnu (1422m n.p.m.)

Tak jak to zaplanowaliśmy wcześniej dzień 5 był dniem odpoczynku :D.

Dzień 6

10.07

Trasa: Ascu Stagnu (1422m n.p.m.) – Bergeries de Vallone (1440m n.p.m.)

Czas według przewodnika: 5,5h

Pobudka miała być o 4 rano, jednak nocne hulanki i śpiewy współtowarzyszy sprawiły, że śpimy „aż” do 5. Na szlak wyruszamy o 7:15. Najpierw podchodzimy lasem, później wychodzimy na otwarty teren. Ścieżka robi się bardziej stroma i kamienista. Po 1:45h dochodzimy do ruin Schroniska Altore (około 2000m n.p.m.) i po chwili możemy podziwiać piękne widoki nad małym jeziorkiem. Znów podchodzimy stromą ścieżką pełną głazów i kamieni i po 40min wchodzimy na pierwszą przełęcz dzisiejszego dnia  Bocca Tumasginesca (2183m n.p.m.). Widoki są piękne, ale czas przygotować się do przejścia najsławniejszego etapu dzisiejszego dnia i zarazem całego GR 20 – Cirque de la Solidute. Troczymy kijki, zakładamy rękawiczki i ubieramy polary – cień i wiatr. Po krótkim odpoczynku wkraczamy na szlak. Przejście odcinka zajmuje około 2,5h – tempo mamy dobre, ale trzeba czekać aż inni zwolnią łańcuchy. Szlak nie jest trudny, jest bardzo dobrze ubezpieczony, a 2h mijają bardzo szybko. Wdrapujemy się po drabinkach, gdzieniegdzie trzeba się poskrobać bez ubezpieczenia. W końcu trudności się kończą i ostatnie metry pokonujemy stromym żlebem. Po chwili docieramy na przełęcz Bocca Minuta (2218m n.p.m.). Stąd czeka nas strome zejście południowym stokiem. Powietrze stoi i jest gorąco jak w piecu (w sumie to nic nowego). Schodzimy około 1,5 – 2h wąwozem Ravin de Strancinccone. Mijamy Schronisko de Tighjettu (1640m n.p.m., 8€ śniadanie, 20€ obiad), gdzie uzupełniamy zapas wody i ruszamy do oddalonego o 30 min Bergeries de Vallone, którego właściciel prowadzi też camping i małą restauracyjkę. Można także spędzić noc na jednym z łóżek w prowizorycznym szałasie. Około 15:30 docieramy na miejsce. Rozkładamy namiot w świetnym miejscu otoczonym kamieniami, bierzemy prysznic (pierwszy z ciepła wodą dzięki czarnym rurom nagrzanym od całodziennego słońca), jemy obiad i idziemy się kąpać do pobliskiego potoku. W strumieniu jest pełno naturalnych baseników, gdzie pluskamy się i odpoczywamy na gorących kamieniach. Na koniec dnia jeszcze jedna drobna przyjemność. Ponieważ camping jest tani (3,5€/os.) kupujemy tutejszą specjalność (opisaną nawet w przewodniku) omlet z serem Brocciu (oczywiście jeden na 2 os.), co wywołuje niesłychane zdziwienie kelnerki. Omlet dobry, ser trochę jak bryndza. Dodatkowo dostajemy chleb więc nawet wystawna kolacja. Po dniu pełnym wrażeń czas na sen!

Dzień 7

11.07

Trasa: Bergeries de Vallone (1440m n.p.m.) – Schronisko Ciottulu di i Mori (1991m n.p.m.) – Castellu di Vergio (1404m n.p.m.)

Czas według przewodnika: 5,5h

Dzisiaj łączymy dla krótkie etapy. Wyruszamy o 7:30. Droga zaczyna się bardzo sympatycznie. Idziemy po równej leśnej ścieżce. Dopiero po jakimś czasie szlak staję się coraz bardziej stromy i wkrótce wychodzimy z lasu na patelnie. Ścieżka przechodzi na skały więc trzeba wzmożyć czujność. Około 10:30 jesteśmy na przełęczy Bocca di Fogiale (1962m n.p.m.), uzupełniamy płyny i ruszamy w stronę schroniska. Po koło 30 min docieramy do Schroniska de Ciottulu di i Mori (2991m n.p.m., śniadanie 6€, obiad 18€). Budynek jest „zawieszony” na skarpie i wygląda bardzo interesująco. Tutaj odpoczywamy 40min podziwiając piękne widoki. Mogliśmy pójść skrótem prosto z przełęczy w dół, jednak dłuższa trasa jest znacznie bardziej ciekawa. Widoki na morze i na góry jest zniewalający! Schodzimy w ogromnym skwarze. Jednak po jakimś czasie pojawia się strumień z naturalnymi basenami. Czas na kąpiel! Orzeźwieni ruszamy dalej w dół doliny. Im bliżej drogi tym więcej ludzi mijamy. Mamy wrażenie jakbyśmy byli na plaży. Idziemy dosyć długo i już mamy nadzieję na dojście do ostatniego etapu trasy – lasu który w przewodniku opisany jest jako zacieniony, płaski i prawie bezwysiłkowy odcinek. W końcu docieramy do lasu, ale zawodzimy się strasznie. Zamiast miękkiej ściółki głazy i kamienie, cień tylko sporadyczny, a trasa wiedzie ciągle góra dół w skwarze popołudniowego słońca. Chcemy jednak dojść jak najszybciej do campingu żeby zrzucić plecaki i buty więc cały czas idziemy. W końcu około 15:30 docieramy do campingu.

Tym razem czeka nas pozytywne zaskoczenie. Camping okazuję się bardzo dobrze zorganizowany i bardzo zadbany wbrew informacjom zawartym w przewodniku – czyste zaplecze sanitarne i wygodne miejsce do gotowania. Praktycznie za płotem istnieje też możliwość spędzenia nocy w hotelowym łóżku. Jedyne co się zgadze to dzikie świnie, które od dostania się na camping powstrzymuje tylko płot ze stalowej siatki. Rozbijamy namiot w zacienionym miejscu jakieś 300m od recepcji, gotujemy obiad i idziemy na zakupy (camping ma swój własny, dobrze zaopatrzony sklepik). Kupujemy chleb (2,5€), a na deser jogurt (0,5€) i jabłko (0,5€). Reszta produktów równie droga. Czas na sen!

Dzień 8

12.07

Trasa: Castellu di Vergio (1404m n.p.m.) – Schronisko de Manganu (1601m n.p.m.)

Pobudka jak zwykle o 5 rano. Pakowanie i przygotowywanie śniadania idzie w miarę sprawnie, wychodzimy o 7:20. Najpierw droga jest bardzo przyjemna. Idziemy po płaskiej ścieżce w cieniu drzew. Co chwilę widać rozkopaną ziemię – dzikie świnie muszą bywać w tym rejonie regularnie. Po około godzinie zaczynamy iść pod górkę. Idzie się bo nachylenie nie jest duże i systematycznie podążając zakosami zdobywamy wysokość. Pniemy się do góry 3h 45min do przełęczy Bocca a Reta (1883m n.p.m.), z której rozpoczynamy zejście. Widoki są wspaniałe. W oddali widać ogromne górskie pasma i morze. Schodzimy z przełęczy około 100m i dochodzimy do malowniczego Jeziora de Nino, które jest otoczone przez pozzines – wydrążone przez wodę kanały wijące się przez łąkę. Pasie się tam mnóstwo koni, które wcale nie boją się turystów. Przy jeziorku znajduje się małe źródełko. Uzupełnianie zapasów wody trwało jakieś 2h ze względu na sporą kolejkę i niemal kapiącą. Od jeziora czekają nas już tylko 2h po płaskim, mocno nagrzanym terenie. W końcu mijamy pasterski szałas Bergeries de Vaccaghia (1621m n.p.m.) i po 45min docieramy do Schroniska de Manganu. Rozbijamy namiot – dzięki wczesnej porze udaje się nam zdobyć dobre miejsce i kąpiemy się – tradycyjnie zimna woda. To był kolejny cudowny dzień!

Schronisko de Manganu jest położone na skarpie tuz nad potokiem. Raczej nie ma co liczyć na idealnie płaskie miejsce do spania. Przykładowe ceny w Schronisku de Manganu: obiad 13€, śniadanie 7€, bagietka 4€, puszka Coca-Coli 3€.

Dzień 9

13.07

Trasa: Schronisko de Manganu (1601m n.p.m.) – Schronisko de Petra Piana (1842m n.p.m.)

Czas według przewodnika: 5,5h

Pobudka – jak zwykle o 5 rano. Wstaje się kiepsko bo miejscówka niezwykle wygodna. Otwieramy namiot i od razu zaskoczenie. Po raz pierwszy naszym oczom nie ukazuje się bezchmurne niebo! Idziemy zasięgnąć informacji o pogodzie – ma być pochmurno, ale bez burz i deszczu więc kontynuujemy zwijanie namiotu. Wychodzimy równo o 7. Z opisów przewodnika spodziewamy się bardzo męczącej trasy, ale chłód (tzn. 20 -25 oC) sprawia, że idzie się bardzo dobrze, pomimo tego, że podejścia są dosyć strome. Na przełęczy Breche de Capitello (2225m n.p.m.) – najwyższy punkt na GR20 – dochodzimy 15 min przed czasem podanym w przewodniku (2h 30min). Z przełęczy roztaczają się niesamowite widoki na dwa poniższe jeziora, wciśnięte między góry. Do jezior odbija po drodze szlak jednakże my nie mamy na to czasu. Odpoczywamy chwilę i schodzimy z przełęczy – trawers ubezpieczony liną. W 30 min dochodzimy do drugiej przełęczy – Bocca a Soglia (2052m n.p.m.). Niestety pogoda zaczyna się psuć. Nadchodzą ciemne chmury i zaczyna padać. Wiedząc, że przed nami jeszcze kilka stromych momentów, które lepiej pokonywać „na sucho” przyspieszamy kroku. Na kolejnej przełęczy Bocca Rinosa (2170m n.p.m.) docieramy w 1h. Tam pod nawisem skalnym przeczekujemy kolejny deszcz. W końcu jednak przejaśnia się i ruszamy pod górę na ostatnią przełęcz dzisiejszego dnia – Bocca Muzzella (2206m n.p.m.). Po drodze znów naszym oczom ukazują się przepiękne widoki. Około 13:00 docieramy na przełęcz. Wieje okrutnie, więc odpoczywamy poniżej. Niestety znów zbierają się chmury tak więc znowu zwiewamy. Strome zejście zajmuje nam niecałą godzinę. O 14:00 meldujemy się na miejscu. Czekamy z rozstawieniem namiotu aż przestanie padać, a w tym czasie idziemy zapłacić za nocleg (6€/os.), kupujemy tez makaron w małym sklepiku przy schronisku (2,5€/0,5kg). Na szczęście w końcu przestaje padać i możemy w spokoju rozstawić namiot. Później tradycyjnie prysznic w zimnej wodzie i obiad. Na szczęście dziś udało przybyć się na miejsce dość szybko i zająć dobre miejsce. Ci, którzy przychodzili teraz (około 18:00) muszą zadowolić się pochyłymi i kamienistymi miejscami pod namiot.

Dzień 10

14.07

Trasa: Schronisko de Petra Piana (1842m n.p.m.) – Schronisko de l’Onda (1430m n.p.m.)

Czas według przewodnika: 4h

Po niezbyt spokojnej nocy – wiatr wiał bardzo mocno więc spaliśmy  dość czujnie – wstajemy godzinę później – o 6 rano. Dzisiaj etap jest krótki i łatwy więc możemy pozwolić sobie na późniejsze wyjście. O 8 ruszamy na szlak. Schodzimy zakosami do doliny. Podziwiamy widoki, w tym także górskie grzbiety, którymi wiedzie wyższy wariant trasy. Po zejściu wchodzimy do lasu i idziemy w malowniczej scenerii, zatrzymując się co jakiś czas nad potokiem. Później czeka nas godzina i trochę podejścia (za kładką nad potokiem). Około 14:00 dostrzegamy schronisko, a poniżej małe, ogrodzone pole campingowe (6€/os, chleb 5€ 2,5€ czekolada, 1,5€ jabłko), z prysznicami, toaletami i miejscem do gotowania więc kolejny raz zaoszczędzimy na gazie. Rozbijamy namiot w miarę płaskim miejscu. Później relaks nad pobliskim strumykiem. Niestety wieczorem znów zrywa się huraganowy wiatr. To będzie ciężka noc…

Dzień 11

15.07

Trasa: Schronisko de l’Onda (1430m n.p.m.) – Vizzavona (920m n.p.m.)

Czas według przewodnika: 5h

Noc była bardzo ciężka. Porywy wiatru budziły nas co chwilę, a i my czujnie spaliśmy żeby sprawdzać czy z namiotem wszystko OK. Pospaliśmy aż do 6 i w rezultacie wyruszyliśmy o 8:30. Wszystko przez wiatr, który zmusił nas nawet do gotowania pod prysznicem. Od początku sapiemy pod górkę. Wdrapujemy się bowiem na 2100m n.p.m. (Crete de Muratello). Około 10:45 jesteśmy na szczycie. Widoki – jak przez całą drogę – wspaniałe. Wiatr też trochę zelżał, aczkolwiek ciągle daje w kość. Na szczycie zajadamy po jabłku i po krótkim popasie rozpoczynamy zejście do Vizzavony, a jest ono największe na całym GR20 – 1100m w dół! Schodzimy po stromych płytach skalnych, a potem zaczyna się wyraźna ścieżka. Po około 4 h docieramy do malowniczych Cascades des Anglais – małe wodospady i naturalne baseny oblegane przez jednodniowych turystów z Vizzavony. Kierujemy się dalej w dół i około 16:00 docieramy na camping. Gospodarzem jest zarządca stacji kolejowej Vizzavona. Tu miłe zaskoczenie – namiot 5€ + 1,5€ za osobę! Dobra rada – nie próbujcie wbijać szpilek od namiotu. Dopiero po paru minutach walki i nawet po użyczeniu młotka gospodarz powiedział, że cały teren jest na jednej wielkiej betonowej wylewce. W miejscowości znajduję się także hotel oraz mały sklep: chleb 2€. Prysznic niestety płatny (2,5€), dlatego idziemy na kąpiel do pobliskiego strumienia. Jutro łączymy dwa etapy!

Dzień 12

16.07

Trasa: Vizzavona (920m n.p.m.)  – E’Capanenelle (1586m n.p.m.) – Bocca di Verdi (1289m n.p.m.)

Czas według przewodnika: 9h

Ok 7:30 opuszczamy przyjazny camping i podchodzimy nieco szosą, aby powrócić na szlak GR20. Ścieżka idzie łagodnie zakosami do góry właściwie aż do samej przełęczy Bocca Palmente 1640m n.p.m. Większa część trasy prowadzi w lesie więc podchodzi się naprawdę sympatycznie. Po 2h 15min docieramy na przełęcz. Widoki są zniewalające więc chwile odpoczywamy podziwiając niezwykłe panoramy. Po jakimś czasie zaczynamy schodzić na drugą stronę przełęczy. Zejście jest równie przyjemne co wejście, chociaż zdarzają się małe podejścia lub bardziej strome fragmenty. Najgorsze czeka nas na samym końcu tego etapu – trzeba wdrapać się 150m w pionie na odcinku 500m! O 12:15 dochodzimy do E’Capannelle. To koniec etapu lecz dla nas to dopiere połowa drogi. Odpoczywamy przy schronisku około 30 min i ruszamy w drogę do Bocca di Verdi. Najpierw dosyć stromo pod górę pod wyciągiem narciarskim. Następnie ścieżka staje się coraz bardziej łagodna. Większość czasu idziemy w lesie. Dopiero około 15:30 docieramy na odsłonięty teren – Plateau de Gialgone (1591m n.p.m.), gdzie możemy zobaczyć widoki wcześniej schowane za drzewami w pełnej klasie. Między innymi górującą nad okolicą Monte Renoso (2352m n.p.m.). Z tego punktu czeka nas 1,5 – 2h marszu. Już nieco rozpędem idziemy z powrotem w lesie, gdzie rosną gigantyczne jodły. Największa z nich ma aż 56m wysokości i 6,3 m w obwodzie! Jest to najwyższe drzewo w Europie! Po jakimś czasie dochodzimy do parkingu, gdzie witają nas dzikie świnki i znak, że do campingu już tylko 350m. O 17:30 jesteśmy na miejscu. Co za ulga, po 10h marszu można zdjąć buty. Rozbijamy namiot, kąpiel i robimy sobie nudlową ucztę. W końcu zasłużony odpoczynek.

Dzień 13

17.07

Trasa: Bocca di Verdi (1289m n.p.m.) – Schronisko de Prati (1820m n.p.m.)

Czas według przewodnika: 2h

Dziś dzień odpoczynku. Wstajemy o 6 rano i dopiero po 8 wychodzimy na szlak. Mamy przed sobą jedynie 560m podejścia łatwą, przyjemną ścieżką. Najpierw docieramy do Bocca de Oru (1840m n.p.m.) skąd roztaczają się niesamowite widoki. Z jednej strony widać góry, a z drugiej morze. Robi to na nas niesamowite wrażanie! 15 min od przełęczy znajduję się schronisko. Jest bardzo malowniczo położone, a ponieważ jesteśmy pierwsi (jest około 11:00) udaje się nam zając osłonięte od wiatru miejsce. Rozbijamy namiot, bierzemy w miarę ciepły prysznic, a potem już tylko relaks.

Dzień 14

18.07

Trasa: Schronisko de Prati (1820m n.p.m.) – Schronisko d’Usciolu (1750m n.p.m.)

Czas według przewodnika: 5h

Rano znów bardzo wieje, a w dodatku niewiele widać. Ciągle jesteśmy w jakiejś chmurze. Czasem jednak się przewiewa i wtedy możemy podziwiać piękny wschód słońca (pobudka o 5). Około 7:30 wyruszamy w drogę. Strój zimowy. Zakładamy wszystko co mamy bo wiatr jest bardzo przenikliwy. Zaczynamy podejście bardzo wietrzną granią. Widoki raz po raz pokazują się zza chmur. Po jakimś czasie docieramy do podnóża skalistego szczytu Punta della Cappella (2042m n.p.m.), który trawersuje się lewą stroną. Następnie czeka nas dosyć strome zejście. Trudno jest dobrze dostosować ubiór. Przechodzimy z jednej strony grani na drugą i stąd też duża amplituda temperatur – wieje nie wieje. W chmurach atmosfera jest nieco tajemnicza, ale na szczęście nie ma problemu ze zlokalizowaniem szlaku. W końcu dochodzimy na Bocca di Campitello – małe, skaliste obniżenie. Mijamy kolejny szczyt i  znów czeka nas strome zejście. Według przewodnika jest tam duża ekspozycja jednakże przez to, że idziemy w chmurze nie widzimy nic poza czubkami butów. Czeka nas jeszcze odcinek po dużych głazach i naszym oczom ukazuje się wypłaszczenie terenu. W końcu chmury dały za wygraną! Dochodzimy do Col de Rapari (1614m n.p.m.), a następnie trawersem dochodzimy do przełęczy poniżej Punta di Campolongo (1695m n.p.m.). Kolejna część trasy wiedzie przez malowniczy, bukowy las – drzewa pod wpływem wiatru przyjęły niesamowite kształty. Po krótkim, płaskim odcinku czeka nas dość żmudne podejście zakosami na przełęcz Bocca di Punta Mozza. Czas odpiąć nogawki i zdjąć polary. Z grani podziwiamy niesamowite widoki, a droga nie biegnie już tak stromo. Po około 45 min docieramy do schroniska – udaje się jeszcze znaleźć dobre miejsce. Prysznic, obiad i odpoczynek – jutro czeka nas ciężka trasa!

Dzień 15

19.07

Trasa: Schronisko d’Usciolu (1750m n.p.m.) – Bergeries gdzieś u podnóża Monte Allcudina

Czas według przewodnika: 7h

Dziś pobudka jak zwykle o 5 rano. W nocy znowu wichura, ale na szczęście szybko ustała i pakowanie idzie sprawnie. O 7:10 wyruszamy na szlak. Na początek strome i krótkie podejście na grań. Przez kolejne parędziesiąt minut wędrujemy po grani gdzieniegdzie trochę łatwego skrobania po skałach. Następnie schodzimy lasem i dochodzimy do źródełka. Idziemy po płaskim, dość nudnym terenie – brak widoków. Mijamy jakąś wioskę. W końcu dochodzimy do kapliczki San Petru. Tam orientujemy się, że coś jest nie tak…nic się nie zgadza z trasą opisywaną w przewodniku. Fakt, że cały czas idziemy szlakiem znakowanym na czerwono-biało (tylko GR20) jeszcze bardziej nas dezorientuje. Dopiero dokładne oględziny mapy przynoszą dość demotywujące wnioski. Trasę zmieniono na znacznie dłuższy wariant by przechodziła przez nowe schronisko… Dla nas oznacza to dodatkowe 2h marszu. Wstępnie droga miała mieć 7h teraz w sumie 9h i to bez postojów. Cóż zrobić trzeba ruszać dalej. Nasze przypuszczenia potwierdzają się około 1,5h później, gdzie docieramy do bergeries. Rozmawiamy z parą turystów, którzy byli tu rok temu. Wtedy szlak przebiegał tak jak opisano w przewodniku. Pytamy miłego gospodarza ile jeszcze do szczytu – „około 2,5h”. Ruszamy więc dalej z niepokojem patrząc w niebo, ponieważ zbierają się ciemne chmury. Idziemy jednak pod górę bo wygląda na to, że najgorsze nas ominie. Niestety po około 30 min postanawiamy zatrzymać się i zobaczyć jak rozwinie się sytuacja. Czekamy jakieś 20 min i nic nie wskazuje na poprawę pogody tak więc postanawiamy wrócić do bergeries. Wszak po co ryzykować. Odwrót był w idealnym momencie bo po chwili usłyszeliśmy grzmot, a z nieba zaczęło lać niczym z wiadra. Niestety w takiej pogodzie czekał nas krótki odcinek po osłoniętej, ale na szczęście nie najwyższej w okolicy grani. Wtedy to już nie był marsz to był bieg! W końcu docieramy do bergeries, które mijaliśmy parędziesiąt minut wcześniej. Jesteśmy totalnie przemoczeni. Postanawiamy spać w bergeries za 10€/os bo w tej pogodzie i tak nie rozstawimy namiotu. Opiekun bergeries okazuje się być przesympatyczną osobą. Zaprasza nas do kuchni i tam wdajemy się w miła pogawędkę, która kończy się degustacją przepysznej surowej szynki oraz czerwonego, korsykańskiego wina. Najedzeni wskakujemy do śpiworów w 30 osobowej sali marząc, aby jutro pogoda się poprawiła. Przez to całe zamieszanie ze szlakiem jutro czeka nas dłuższy odcinek…

Dzień 16

20.07

Trasa: Bergerie d’Ciotullu (?m n.p.m.) – Schronisko d’Asinau (1536m n.p.m.) – Col de Bavella (1218m n.p.m.) – Schronisko de Paliri (1055m n.p.m.)

Czas według przewodnika: około 9h

Dziś wstajemy o 5:30. Reszta współlokatorów jeszcze śpi więc cichutko zmykamy do jadalni się pakować. Otwieramy ciężkie stalowe drzwi i prawie nas zmiata! Wieje silny wiatr i nic nie widać – tylko chmury. Jednak nie pada więc decydujemy, że ruszamy w drogę. Pakujemy się, jemy śniadanie i około 7:10 wychodzimy na szlak. Przez długi odcinek towarzyszy nam sympatyczny, schroniskowy psiak. Warunki są bardzo ciężkie. Wiatr prawie zwala z nóg, raz po raz siecze deszcz i niewiele widać – zaledwie na 30- 40m. Na szczęście oznakowania GR20 są na tyle często rozmieszczone, że nie mamy problemu ze znalezieniem drogi. Po około 2h docieramy na przełęcz. Wiatr wciąż huraganowy, a my szykujemy się na zejście po kamienistym, śliskim po deszczu terenie. Przechodzimy na drugą stronę przełęczy, a tu miłe zaskoczenie. Wiatr jest znacznie słabszy. Idziemy bardzo powoli i ostrożnie i około 10:30 jesteśmy w Schronisku d’Asinau. Większość ludzi zrobiła sobie tam dzień przerwy więc gdy słyszą skąd idziemy natychmiast nas oblegają, żądni informacji o warunkach po drugiej stronie grani. Gdy mówimy, że idziemy dalej do Paliri to już w ogóle łapią się za głowy. Po krótkiej przerwie ruszamy w dalszą drogę. Pogoda się poprawia i w końcu możemy podziwiać niesamowite skalne iglice. Dalsza droga wiedzie lasem raz w górę raz w dół. Przekraczamy kilka strumyków. Dopiero pod koniec na stromym podejściu teren robi się bardziej skalisty. Około 16:00 docieramy na przełęcz Col de Bavella. Czujemy się jak w innym świecie. Pełno samochodów i turystów. Stoi też tutaj posąg Notre Dame de la Neige (Matki Boskiej Śnieżnej), którego cokół jest usiany tabliczkami wotywnymi. Ruszamy do Bavelli na rekonesans. Niestety okazuje się, że nie ma campingu, a najtańszy nocleg za 18€! Tak więc robimy sobie mała ucztę: chleb (2€), ryba w puszcze (2€), ciastka (2,5€) i pomidory (0,6€/2 szt.) i ruszamy w dalszą drogę. Po takim zastrzyku energii pokonujemy większość drogi do schroniska w 45 min. Wliczając w to 200m podejścia na przełęcz Foce Finosa (1206m n.p.m.). Widoki są wspaniałe. Ogromne formacje skalne porośnięte drzewami i morze w tle. W kolejne 40 min docieramy do pięknie położonego Schroniska de Paliri. To był ciężki dzień, ale było warto. Jutro niestety ostatni etap…

Dzień 17

21.07

Trasa: Schronisko de Paliri (1055m n.p.m.) – Conca (252m n.p.m.)

Czas według przewodnika: 5,5h

Wstajemy o 6 rano i około 8:15 wyruszamy na szlak po raz ostatni. Podziwiamy niezwykłe skały i morze. Na początku szlak biegnie zakosami w dół doliny. Jest bardzo przyjemnie. Na niebie błękit, a temperatura bardzo przyjemna. Później zaczyna się las, gdzie ścieżka biegnie w miarę płasko. Raz na jakiś czas pokazują się widoki na pobliskie skały. Po pewnym czasie szlak prowadzi do góry na przełęcz Foce di U Bracciu (917m n.p.m.). Stamtąd najpierw łagodnie, a następnie stromymi zakosami dochodzimy na przełęcz Bocca di u Sordu (1065m n.p.m). Dalej droga prowadzi po płaskich kamieniach w dół, później staje się coraz bardziej stroma aż do źródełka. Dopiero po przekroczeniu potoku zaczynamy podchodzić – jest gorąco więc pot leje się strumieniami. Po podejściu czeka nas długi trawers w niebotycznych temperaturach. Później już ostatnie lekkie podejście na ostatnią malutką przełęcz  Bocca d’Usciolu (587m n.p.m.). Przełęcz ta jest nazywana „bramą do GR20” z uwagi na skalny przesmyk, który trzeba pokonać. Po przejściu przez przełęcz zaczynamy ostatni etap trasy – 45 minutowe zejście do Conca. W miejscu zakończenia/rozpoczęcia GR20 wisi tablica w języku francuskim oznajmiająca, że pokonaliśmy 180km. Jesteśmy z siebie dumni! Teraz ruszamy na camping 6€/os. i ruszamy w poszukiwaniu sklepu i tutaj niemiłe zaskoczenie. Jedyny sklep w mieście trudno nazwać sklepem. Nie odważyliśmy się tam kupić nic poza makaronem (0,5kg/1,5€). Świętowanie odkładamy na jutro, ale to już inna historia…

W ten sposób zakończyła się nasza przygoda z GR20. Podsumowując pokonaliśmy 180km i około 14000 metrów przewyższenia. Trudno się zgodzić, że jest to „najtrudniejszy szlak trekkingowy w Europie” jak podają niektóre przewodniki. Na pewno GR20 jest bardzo wymagający pod względem kondycyjnym. Podstawową trudność stanowi noszenie ciężkiego plecaka (w naszym przypadku po około 20kg) przez długie odcinki, czasem w trudnym terenie. Z czystym sumieniem możemy polecić ten trekking wszystkim osobom szukającym w górach wyzwania. 😉

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s